Wanda Rutkiewicz na początku swej drogi w góry najwyższe. Fot. Alek Lwow
Wanda Rutkiewicz – zdobywczyni ośmiotysięcznych szczytów, pierwsza z polskich alpinstów na Mount Evereście i na K2, przez czternaście lat moja przyjaciółka, od Mount Everestu po Kanczendzongę. Robiłam z nią wywiady, pisałam z nią i o niej książki, dzięki niej poznałam świat gór najwyższych, choć nie udało się Wandzie namówić mnie na jakąkolwiek wyprawę w Himalaje.
Przyznaję, że mogło to być ciekawe doświadczenie zawodowe – siedzieć w bazie, na przykład pod Shisa Pangmą, nagrywać relacje uczestników wyprawy i później napisać reportaż ze zdobywania najniższego z ośmiotysięczników. Wolałam jednak siadywać z Wandą w jej warszawskim mieszkaniu przy Sobieskiego, pić z biało-niebieskiej filiżanki lapsanga i słuchać, jak tym razem było tam w górze. Jej miejsce było w Himalajach i Karakorum, na moją miarę były Tatry.
Wydawało mi się, że przyjaźń z Wandą była dla mnie tak ważna, jej obecność w moim zyciu tak znacząca, że w pamięci pozostaną wszystkie ważne daty i fakty z Wandą związane. To banał, ale czas niszczy nie tylko nasze ciała, zaciera też pamięć o bliskich, łagodzi smutek po ich utracie. Nie oceniam, dobrze to czy źle.
Ale wdzięczna jestem Panu Jurkowi Słomczyńskiemu, który dziś mi przypomniał o urodzinach Wandy i Pani Alicji za przypomnienie w październiku 2011 o kolejnej rocznicy zdobycia przez Wandę Mount Everestu. Oboje zaglądają na mojego bloga, komentują wpisy, co jest dla mnie motywacją do dalszego prowadzenia
Po mojemu. Dziekuję przede wszystkim za pamięć o Wandzie, bo tyle życia, ile pamięci...